Majowy ślub plenerowy Anne i Marca to kwintesencja tego, jak powinien wyglądać ślub w plenerze.  Oczywiście urok południa Francji zdecydowanie to ułatwia, niemniej jednak wszystko przygotowane z wielkim smakiem i gustem. Nie jest to pierwsze wyjazdowe wesele, więc lotniska, przesiadki, dojazdy i całą resztę zaplanowaliśmy wcześniej. Nadzieja na szczęśliwy, planowy lot do Marsylii rozwiała się szybko bo już w drodze na lotnisko. Okazało się, że przewoźnik zmienił plan i podróż wydłużyła się o 15 godzin! Ale dotarłem!

To co zobaczyłem na miejscu zrekompensowało trud podróży. Francja to rodzinny kraj Anne i Marca. Mimo że na co dzień mieszkają w Londynie, rozumiem dlaczego postanowili, że swój wielki dzień spędzą z rodziną i przyjaciółmi w tej części świata. Nie wiem, czego się spodziewałem, nie pamiętam, ale ich ślub sprawił że wszystko, co mogłem sobie wyobrazić przeszło moje oczekiwania – ceremonia odbyła się na końcu ogrodu, przy altanie, pomiędzy pięknymi oliwkowymi drzewami, których zapach unosił się w powietrzu. Wzniosła i bardzo osobista ceremonia ślubna, na którą jako celebransa wybrali swojego przyjaciela.

Dziedziniec z podjazdem posłużył jako miejsce, gdzie goście mogli się spotkać i poznać przed ceremonią oraz ochłodzić doskonałą lemoniadą z cytryny i truskawek. Ogród na tyłach willi, którego dekoracją zajęła się mam Marca, stał się miejscem doskonałej zabawy, gdzie z kultowego Citroena serwowano grillowane krewetki oraz inne przysmaki południa. Muszę tutaj wspomnieć o najlepszym zespole, jaki kiedykolwiek słyszałem Men and Cherry – genialny band i fantastyczni ludzie, którzy przyjechali na ślub z Holandii. Oczywiście doskonały klimat tego wesela tworzyli uśmiechnięci, kolorowi i wyluzowani goście. To było duże przeżycie i przyjemność spędzać czas z niesamowitymi ludźmi w tym właśnie miejscu, które Anne i Marc wybrali na swój ślub. Co tu dużo pisać, popatrzcie na zdjęcia i komentujcie. Dziękuje.